W sobotę 7-go maja wstaliśmy około godziny 8:00. Sama pobudka była dość trudna, ponieważ poprzedniego wieczora zasiedzieliśmy się grając w karty. Gdy w końcu daliśmy radę wstać z łóżka musieliśmy zjeść śniadanie, aby nie wyruszyć w góry z pustym żołądkiem. Około godziny 9:30 wszyscy spotkaliśmy się przy wyjściu z naszego budynku, aby następnie wyruszyć do marketu Mercadona na małe zakupy. Każdy kupił coś dla siebie. Jedni kupili więcej napojów, ponieważ słońce prażyło niemiłosiernie, a inni coś słodkiego, by w górach nie zabrakło im energii. Gdy każdy już zakupił najpotrzebniejsze produkty naszym następnym celem był przystanek autobusowy. Po niedługim oczekiwaniu podjechał autobus o numerze 183. Gdy nasz opiekun opłacił przejazd wszyscy wygodnie rozsiedliśmy się w fotelach.

Podróż minęła bardzo dobrze, gdyż pojazd był klimatyzowany, a jego szyby były przyciemnione przez co promienie słoneczne nie docierały do nas w takiej mierze w jakiej byłoby to bez przyciemnienia. Podczas podróży podziwialiśmy miasto, ale też piękne góry z ośnieżonymi szczytami. Wywołały one na nas ogromne wrażenie, ale również zdziwiliśmy się, gdy nasz opiekun opowiedział nam o tym, że tutejsi mieszkańcy jeżdżą w tym czasie na nartach.

20220507_134604

Po około 30 minutach jazdy nasz autobus w końcu zatrzymał się na odpowiednim przystanku. Gdy wychodziliśmy z pojazdu od razu naszym oczom ukazały się wielkie, trawiaste góry, na których gdzieniegdzie rosły nieduże drzewka. Jak się okazało był to nasz cel Los Cahorros.

Po krótkim omówieniu tego co dokładnie będziemy robić-wyruszyliśmy. Po przejściu kilkuset metrów skręciliśmy w uliczkę, która doprowadziła nas do początku trasy. Ujrzeliśmy małą rzeczkę, która okazała się biec przy naszej ścieżce. Dość szybkim tempem wymijaliśmy innych wspinaczy. Po kilkunastu minutach marszu doszliśmy do elektrowni przepływowej, która nieustannie działa od wielu lat. Bardzo nas ona zaciekawiła, więc postanowiliśmy zajrzeć do niej przez okno. Gdy obeszliśmy ją dookoła zauważyliśmy mały kranik górski, z którego wypływała woda zdatna do picia. Jedni postanowili uzupełnić zapasy wody, a niektórzy schłodzić się wkładając ręce lub też głowy do wody.

Następnie stanęliśmy na skrzyżowaniu dróg. Opiekun poinformował nas, że będziemy kierować się w prawo. Oznaczało to trasę trudniejszą, gdyż trasa w lewo kierowała od razu do finału podróży. Po chwili spaceru zauważyliśmy małą, wydeptaną ścieżkę, która kierowała nas prosto w strome góry. Wspinaczka przez narzucone tempo była niesamowicie męcząca. Były chwile zwątpienia i załamania, ale po około 40 minutach w końcu dotarliśmy do wypłaszczenia górskiego z mniejszą ilością kamieni. Oznaczało to mniej męczący marsz, ale również chwilę odpoczynku w cieniu, które oferowało jedno z rosnących drzew. Dalsza część trasy była łatwiejsza. Występowały mniejsze nachylenia i większa ilość cienia, dzięki któremu również nasze nastawienie było lepsze. Podczas marszu uważaliśmy na to, aby nie spaść z klifów, ale również nie wdepnąć w krowie placki.

Po około 10 kilometrach doszliśmy do części, w której przebywało najwięcej osób. Były to słynne mosty, które łączyły góry. Podczas tej wędrówki zdarzył się również jeden dość przykry wypadek. Naszemu opiekunowi wyleciał z kieszeni telefon, który niestety uległ uszkodzeniu, a dokładniej stłukł się w nim ekran. Po około 13 kilometrach wyszliśmy na drogę, która prowadziła na przystanek. Po kilkuminutowym spacerku dowiedzieliśmy się, że nasz autobus, którym mieliśmy wrócić będzie dopiero za około godzinę. Podjęliśmy wspólną decyzję, że pokierujemy się na inny przystanek, który oddalony od nas był około dwudziestominutowym marszem. Gdy doszliśmy do celu nasz środek transportu przyjechał po około 5 minutach, a my weszliśmy i zmęczeni, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Grenady.

Autor: Bartosz Bubel